NASZE BIEGI

Volkswagen 23. Ljubljanski Maraton

Lublana od pierwszego dnia powitała nas atmosferą sportowego święta. Biuro zawodów otwarte było już od czwartku. W sobotę miały odbyć się biegi młodzieżowe z imponującą frekwencją ośmiu tysięcy zawodników, natomiast na niedzielę zaplanowano biegi dla dorosłych na dystansach 10 km, półmaratonu oraz maratonu, w których organizatorzy spodziewali się kolejnych dziesięciu tysięcy zawodników.

Do Lublany dotarliśmy w piątek. Jeszcze tego samego dnia odebraliśmy pakiety i numery startowe.

Pakiety okazały się wyjątkowo atrakcyjne. Markowe koszulki z długimi rękawami, wyróżniały się zdecydowanie, na tle nieniskobudżetowej chińszczyzny, którą zwykle serwuje się biegaczom. Dodatkowo świetnym pomysłem okazał się plecak w czarno-zielonych barwach. Przez kolejne dni, na każdym kroku napotykaliśmy się na ludzi błąkających się po mieście w takich właśnie plecakach, co dobitnie obrazowało skalę imprezy.

Sobotę poświęciliśmy na wypoczynek, rozruch, wstępne rozpoznanie trasy oraz zwiedzanie miasta.

Od rana leje. Prognoza pogody tym razem nie kłamała. Idziemy w czwórkę w kierunku linii startu, a pomimo kurtek po minucie jesteśmy cali mokrzy.

Nie jestem zachwycony. Wczorajszy rozruch w lekkiej mżawce dał mi już do zrozumienia, że moje nowe buty, lekkie startówki zakupione specjalnie na tę okazję, choć jeszcze kilka dni temu wydawały się bliskie ideałowi, słabo sobie radzą na śliskiej nawierzchni.

Wkładam na siebie koc termiczny, by doszczętnie nie przemoknąć. Niewiele to daje w takiej ulewie, ale przynajmniej nie jest zimno. Trochę truchtam, ale rozgrzewka w takich warunkach jest tak nieprzyjemna, że wolę schować się pod jakimś dachem.

Na starcie wybrzmiewają już bębny. Zawodnicy opatuleni w foliowe płaszcze nie garną się do zajmowania miejsca w strefach startowych, choć według planu, te mają zostać zamknięte już wkrótce.

Michał z Anią oddają Gosi swoje kurtki, twierdząc, że i tak są już cali mokrzy. Udają się do swojej strefy i znikają mi z oczu.

Z minuty na minutę na starcie robi się coraz tłoczniej. Deszcz trochę osłabł, a zawodnicy jak na komendę wychodzą spod wszelkich dachów i przeskakują przez barierki, by dostać się do swoich stref. Oficjalne bramki wejściowe już dawno zostały zamknięte, jednak co kraj to obyczaj. Hordy przemoczonych biegaczy przeskakują barykady, dołączając do innych, coraz bardziej ściśniętych zawodników. Organizatorzy w żaden sposób nie reagują. Sardynki coraz ciaśniej ściskane też nie.

Mój początkowy plan, by po rozgrzewce oddać Gosi kurtkę, staje się nierealny w tak gęstym tłumie. Za to przynajmniej w ścisku jest dość ciepło.

Końcowe odliczanie. Płaszcze, worki foliowe i parasolki lądują ostatecznie na barierkach lub wśród kibiców, a potem deszcz przestaje mieć już znaczenie. Liczy się tylko rytm, czas i tętno.

23. Ljubljański Maraton jest wydarzeniem prestiżowym. Stolica, bogaty sponsor, kategoria biegu IAAF Silver Label, osobisty start prezydenta Słowenii Boruta Pahora i wszędobylskie zielone banery sprawiają, że miasto żyje tym wydarzeniem. Tłumy kibiców, którzy żywiołowo dopingują mimo paskudnej aury, są tego wyraźnym potwierdzeniem. Nie przypominam sobie tylu kibiców na polskich biegach nawet w środku lata.

Początek biegnę lekko, spokojnie, a przynajmniej tak mi się wydaje. Wspólny start maratonu i półmaratonu zaburza nieco moją percepcję prędkości. Tempo pierwszego kilometra (3’42) każe zaciągnąć hamulec. Kolejne kilometry pokonuję już wolniej, utrzymując założone tempo 3’55-3’50. Po tętnie widzę, że początek był zbyt szybki, ale żal zwalniać, więc wmawiam sobie, że dam radę.

Moje najgorsze obawy sprzed biegu stają się faktem. Buty ślizgają się na mokrej nawierzchni. Najgorzej jest na studzienkach oraz na gładkim asfalcie, gdzie stopy grzebną, osłabiając impet odbicia.

Kombinuję jak zneutralizować te straty. Omijam stalowe studzienki, potoki wody płynące w zagłębieniach dróg, oraz wszelkie białe linie – nad wyraz śliskie. Eksperymentuję z techniką biegu, by odnaleźć tą, która będzie bezstratna. Sukces jest tylko częściowy. Wybijanie się bardziej w górę niż w przód oraz lądowanie na przodostopie nieco pomaga, ale jednocześnie mam pełną świadomość, że nie jest to ekonomiczna technika, i prędzej czy później, przyjdzie mi za to zapłacić.

Mimo starań, raz na jakiś czas, stopie zdarza się uciec do tyłu.

Mija mnie młoda dziewczyna, nastolatka jeszcze. Biegnie agresywnie, energicznie pracując rękami. Jeden rzut oka i wiem, że biegnie półmaraton. Nie jest możliwe utrzymać tak dynamiczną pracę rąk przez 42 km. Przez chwilę biegnę jej tempem, ale wkrótce odpuszczam.

Na piątym kilometrze pierwszy pomiar czasu. Średnie tempo wychodzi 3’52, czyli mam niewielki zapas w stosunku do planu.

Chwile później jest punkt odżywczy. Stoliki z wodą ustawione po lewej stronie. Kolejny drobny szczegół, z pozoru nieistotny, który robi różnicę. Chwytanie kubka lewą ręką okazuje się trudniejsze niż prawą.

Kolejne kilometry biegniemy przez osiedla o niskiej zabudowie. Uliczki są tu węższe, ale za to kibiców jest dużo. Głośno dopingują, krzyczą co chwila, kołatają, klaszczą, a wszystko w strugach deszczu.

Z czasem grupa biegaczy się rozciąga. Gęsty tłum z pierwszych kilometrów stopniowo rzednie. Maratończyków z zielonymi numerami biegnie wokół mnie niewielu, większość to półmaratończycy.

Kolejna piątka w tempie 3’53. Tętno wysokie – 165 – czasem wyższe. Wiem, że balansuję na krawędzi progu mleczanowego. Za wcześnie na to, powinienem się oszczędzać, powinienem zwolnić, ale na samą myśl o tym, rodzi się we mnie bunt.

Kolejna piątka już nieco wolniejsza, ale pod koniec był podbieg. Za to na zbiegu łapię wiatr w żagle. Trasa wiedzie przez las. Tętno na zbiegu spada i od razu puszczają hamulce. Ścigając się w tym roku z góralami, zwykle traciłem na podbiegach i zbiegach, a nadrabiałem szybkością na odcinkach płaskich. Tutaj, wśród miejskich biegaczy, każde przewyższenie sprawia, że wyprzedzam kilka osób. Na zbiegu jest jeszcze lepiej.

Doganiam charakterystyczną sylwetkę młodej zawodniczki, która minęła mnie jak furmankę na pierwszych kilometrach. Odwdzięczam się jej tym samym. To Eva Zorman, dziewiętnastoletnia nadzieja słoweńskiej lekkiej-atletyki, zwyciężczyni słoweńskiego Wings For Life. Jej praca rąk nadal robi wrażenie, ale na ostatnich kilometrach półmaratonu, dynamika już słabnie. Wkrótce dobiegnie do mety na 3 miejscu wśród kobiet.

Deszcz stopniowo ustaje. Pojedyncze obrazy zostają w pamięci. Orkiestra dęta, kibice z flagami wszystkich krajów reprezentowanych w maratonie, dzikie spojrzenie miejscowej fanki, krzyczącej: „daj, daj, daj”.

Potem mija kolejna piątka, już czwarta. Z niej jestem najbardziej zadowolony. Tempo 3’53, a do tego tętno w końcu spadło na tyle, że można patrzeć na drugą połówkę z nadzieją.

Za dwudziestym kilometrem trasy półmaratonu i maratonu się rozdzielają. Większość zawodników biegnących wokół mnie zostaje na lewym pasie, a ja na prawym zostaję prawie sam.

Na umówionym miejscu czeka Gosia Mazur z żelami na drugą połówkę. Macha mi już z daleka. Jest dokładnie tam, gdzie się umówiliśmy. Trzy żele powinny wystarczyć już do końca. 22 km, 27.5 km i 32.5 km. Ostatnia dyszka ma być już sauté, bo na tym etapie przyswajalność czegokolwiek oprócz wody jest już znikoma.

Trasa prowadzi teraz przez południową część miasta. Droga jest szeroka, a kibiców nieco mniej. Kilkadziesiąt metrów przed sobą widzę biało-czerwoną koszulkę. Przemyka mi przez myśl, że może to jakiś Polak. W okolicach startu można było dostrzec kilka biało-czerwonych flag. Jak się później okazało, bardzo licznie zjawiła się ekipa z Radomia. Lekko przyspieszam, by go dogonić biało-czerwonego zawodnika. Gdy jestem blisko, dostrzegam słoweńskie napisy. Jednak to nie Polak. Wyprzedzam go. Mirko Janjatovič oddaje 39 pozycję bez walki. Kolejnych kilka pozycji zyskuję na rzecz Kenijczyków, którzy gdzieś w okolicach 30 km schodzą z trasy.

Druga połówka maratonu to niemal w całości samotny bieg. Weterani maratońscy twierdzą, że to niedobrze, że lepiej biec w grupie. Ja jednak lubię biegać samotnie – stabilne tempo, bez rwania, bez szaleństw, równiutko. Na szczęście wiatr tego dnia jest dość słaby, więc brak osłony nie jest problemem.

Kolejna piątka mija w tempie 3’56. Samopoczucie wciąż dobre i w dalszym ciągu jest szansa na osiągnięcie głównego celu, złamanie 2:45. W międzyczasie jeszcze staczam krótkotrwały pojedynek z kolejnym słoweńskim biegaczem, Gregorem Černe, i znowu samotny bieg.

Industrialny krajobraz zmienia się w osiedla domków jednorodzinnych. Całe rodziny powychodziły z domów i dopingują, każdy na swój sposób. Zdarza się, że przy większych skrzyżowaniach stoją kilkudziesięcioosobowe grupki. Nie mogę uwierzyć, że w taką pogodę komukolwiek chce się wyjść z domu, a co dopiero głośno dopingować. Cały czas mam wrażenie, że biegnie za mną ktoś, kogo ci ludzie znają. Zdziwienie moje osiąga szczyty, gdy okazuje się, że nie ma za mną nikogo. Lublana jest pod tym względem niesamowita. Pojedynczy zawodnik, biegnący pół godziny za liderem, wciąż jest witany jak bohater.

Na trzydziestym kilometrze optymizmu już jest coraz mniej. Międzyczasy pojedynczych kilometrów spadają coraz częściej poniżej 4’. Co prawda były podbiegi, były odcinki pod wiatr, ale wiem, że to poślizg stóp i mocny początek dają o sobie znać. Według wszelkich porzekadeł maraton rozpoczyna się dopiero teraz.

Kolejne kilometry są coraz cięższe. Nie ma co prawda bezwzględnej ściany, ale o dynamiczny krok jest już coraz trudniej. Odliczam kilometry do końca. 11 km, 10 km, 9 km. Tempo siódmej piątki wychodzi 3’59. Tragedii nie ma, jednak to już trzecia piątka w wolniejszym tempie. Na życiówkę wystarczy, ale 2:45 oddala się coraz bardziej. Staram się jeszcze czasem szarpnąć, zmusić się do ostatniego większego wysiłku. Pojedyncze kilometry udaje się czasem przebiec w dobrym tempie, ale zazwyczaj po szybszym następny jest wolniejszy. Do mety na szczęście coraz bliżej. Brak energii. Nogi są zbyt ciężkie, by wznieść je nieco wyżej. Na końcowych kilometrach jeszcze ostatnie przetasowanie. Mija mnie Peter Kastelić, dwukrotny mistrz Słowenii na 1500 m. Chwilę później obaj wyprzedzamy niemieckiego triatlonistę Johannesa Strohmaiera.

Końcówka prowadzi przez starówkę i kręte uliczki. Kostka brukowa jest bardziej śliska niż asfalt. Próbuję wycisnąć z siebie ostatki mocy, wznieść się na ostatni atak, ale nie bardzo jest z czego. Dopiero widok mety, tłumy kibiców i coraz donośniejszy głos spikera pozwalają przebiec ostatnią prostą tempie 3’20. To już jednak nic nie zmienia. Na zegarku 2:46:05. Jest życiówka, jest nowy rekord klubu, a mimo to bardziej czuję niedosyt niż radość. A może to wyczerpanie nie pozwala się cieszyć?

Spiker wymawia moje imię i nazwisko z łatwością: „Radoslaw Puchala z Polske”. Jestem pierwszym Polakiem na mecie. 34 miejsce wśród mężczyzn. Biorąc pod uwagę rangę biegu – IAAF Silver Label – bieg porównywalny z warszawskim Orlen Maratonem, mam powody do satysfakcji, a jednak jakoś nie potrafię wykrzesać z siebie euforii.

Za metą, gdy tylko się zatrzymuję, nogi momentalnie sztywnieją. Nie jestem w stanie normalnie iść, a jedynie szuram po ziemi, kulejąc. Zakwasy w podudziach, odpowiedzialnych za ruch stopą, i na mięśniach bocznych uda, zginających kolano, pojawiają się momentalnie. Uświadamiam sobie skalę zniszczeń. Grymas na twarzy przyciąga kamerę słoweńskiej telewizji. Wyglądam jak siedem nieszczęść. Ściągam tylko czapkę i oddalam się pomału, kuśtykając. Żal i rozpacz. Nie ma to, jak pokazać się w zagranicznej telewizji z dobrej strony.

Zwykle po mocnych biegach zakwasy mam na czwórkach, a tym razem są tylko trójgłowe i boczne ud, czyli mięśnie odpowiedzialne za grzebniecie stopy. Po raz kolejny przeklinam w duchu swoje podeszwy butów. Taki banalny błąd. Etiopczyk Lemma Kasaye w tych samych warunkach nabiegał rekord trasy – 2:04:58, więc można było. W ciągu czterech lat biegania nigdy nie odczułem tak wyraźnie wpływu sprzętu na wynik. Zawsze to były niuanse, sekundy, szczegóły nieistotne. Tym razem mam wrażenie, że jest inaczej. Pół minuty, może więcej? Ile przez nie straciłem, tego się już nie dowiem.

Ania, Michał i Gosia czekają na mnie. Nastroje mają podobne. Zarówno Michał, jak i Ania wyraźnie poprawili swoje życiówki w półmaratonie, a mimo to odczuwają jakiś niedosyt. Michałowi zabrakło 46 sekund do złamania 2 godzin. Ania nabiegała 1:54:27, ale lekkość, z jaką wbiegła na metę i świadomość, że miała siłę na kolejne 10 km, wskazują, że mogło być jeszcze lepiej.

Przeliczam w głowie Michała i swój wynik, bo się przekonać kto wygrał nasz mały zakład. Wychodzi na to, że ja. Można wznosić się na wyżyny swoich możliwości, bić rekordy, a na końcu okazuje się, że cieszy taka drobnostka.

Mimo niedosytu, jak już emocje opadną, przychodzi satysfakcja. Trójka zawodników, trzy życiówki, do tego przyjazna Lublana, która przywitała biegaczy nad wyraz gościnnie. Zdecydowanie udany start. Taki na miarę zakończenia sezonu.

Po biegu można już sobie pozwolić na świętowanie. W końcu po tylu miesiącach nie trzeba się oszczędzać na kolejny bieg. Regeneracja i roztrenowanie są bardzo przyjemne, szczególnie gdy to klubowy kolega płaci za napoje.

1 Komentarz »

  • Antoni napisał(a):

    Świetna wynik i bardzo ciekawa relacja. Gratuluję i podziwiam Radku.

Dodaj komentarz!

Dodaj komentarz lub trackback ze swojej strony. Możesz także Śledzić komentarze w kanale RSS.

Współpracujemy z serwisem Gravatar. Aby wyświetlić swój avatar przy komentarzu, zarejestruj się™ na Gravatar.