NASZE BIEGI

Rzeźnik-covid 2020

Relacja Waldka Porowskiego

Ta historia dla mnie zaczęła się w dniu, kiedy spotkałem na Ślęży Bartka Kociumbasa. Kilka wspólnych biegów, treningów i dziwnych sytuacji, z których wychodziliśmy zawsze bez większego szwanku. I na tej samej Ślęży poznaję Grzesia Krupę, duszę towarzystwa (i wiem co mówię – nie drwij, Grzesiu).
Temat biegów Rzeźnickich często był poruszany przy wspólnych spotkaniach, więc szybko dotarło do mnie, że Grześ też w Czerwcu napiera w Biesach.

Rok temu w listopadzie na imprezie u Huberta ostatni raz spotykam się z Grzesiem. Robię z nim cztery pętle i tyle. W styczniu poleciałem z Bartkiem połówkę na Zimowym Ślężańskim. A w połowie lutego w pracy już wiemy, co się wydarzy w 2020 r.. Bieg Rzeźnika i spotkanie z chłopakami to jakaś odległa galaktyka. Wszędzie tylko zakazy, nakazy, panika i domy pozamykane na trzy spusty. Świat oszalał.
W kwietniu wpadłem na pomysł, że zrobię 80+, trasę ala Rzeźnik w lasach na mojej wiosce. Tyle, że po rozmowie z Bartkiem zapadła wspólna decyzja: lecimy Rzeźnika, jeżeli bieg się odbędzie. Grzesia namawiać nie było trzeba, coś jak z tym piwkiem na Krecie.

Przychodzi maj a wraz z nim info, że Rzeźnik i cały Festiwal jednak się odbędzie , ale w formule Covid-owskiej. Czyli zapisujesz się na przestrzeni kilku dni i na godzinę startu, którą sobie sam wybierasz, z partnerem lub wieloma. W moim pryzpadku wyszło trzech muszkieterów: Bartek, Grzesiu, Waldek i D’Artagnan, czyli nasz suport w osobach: Aga – moja żona i Karolina.
Po tej świetnej informacji szybko załatwiam pole campingowe Tramp w Cisnej. Z chłopakami umówiłem się na miejscu i pozostało nam odliczanie czasu na wyjazd. A ja miałem dwa tygodnie, aby przygotować się do Rzeźnika (zawsze pod górkę). Gdybym wiedział na co się piszę, nie wiem…

I w końcu przychodzi ten dzień, ta pora. Środa – dzień wyjazdu. Samochód zapakowany, w pracy szybka dzida i kierunek OTK-a. Znaczy Bieszczady-Cisna.

Na pole namiotowe dojechaliśmy wieczorkiem, szybkie rozstawienie namiotów, zabawa z Bułką (pies Karoliny). Piwko i spać. Oczywiście zameldowanie u Bartka, że dojechaliśmy i widzimy się w czwartek.

Dzień startu

Wszystko zaczyna się od wspólnego jedzonka (cała moja paczka i chłopaki). Rozmowy o wszystkim i o niczym, prognozy na godzinę startu. Sielanka. Grześ opowiada różne historyjki z życia biegacza, więc jest się z czego pośmiać. Muszę to tu napisać, bo pęknę:
Zawsze jak Grzesia widzę przed zawodami na Ślęży to witamy się w taki o to sposób:
– Cześć Grześ, co tam słychać – zagajam. W odpowiedzi następuje cisza… długo nic… mijają kolejne chwile… i nagle:
– O, Waldek, cześć. Jesteś, super, to co pomożesz?
Po prostu cały Grzesiu, ale jak z nim usiądziesz, i jeszcze będzie Bartek, to rozmowy mogłyby pewnie trwać do Ultra wieczorowych godzin.

Biesiada przy śniadaniu nie trwa jednak długo, bo szybko musimy lecieć na metę Rzeźnicką przywitać finiszującego Kacpra, syna Bartka. Z relacji Kacpra dowiadujemy się, że na trasie jest lekkie błoto, mokro, ale w miarę OK.
Bartek daje mi pakiet, bo odbierał go w środę. Ustalamy zbiórkę przy naszym namiocie o 19:00, gdzie również będziemy zbiegać po każdej pętli, a Karolina z Agą będą nas wspierać ciepłą herbatą i jedzeniem.

Start

Spotykamy się przy naszych namiotach, Bartek z Grzesiem wrzucają wszystkie klamoty na bieg do samochodu, z dziewczynami ustalamy, mniej więcej, kiedy zbiegniemy po pierwszej pętli i co chcemy zjeść i pić. Następnie spokojnym krokiem idziemy do bramki startowej.

Bez ostatnich wskazówek od Mirka, bez odliczania, bez wystrzału, bez muzyki, bez wiewiórki na drzewie. W ciszy trzy dziki poszły w las, z chwilowym postojem u brzegu Bieszczadzkiej Amazonki. Jeden z dzików nie chce zamoczyć kopytek. Tego dnia, jak i rankiem kolejnego, kilka razy Grześ będzie powtarzał to jak mantrę: nie mocz butów, smaruj stopy, dbaj o suche kopytka, bo się zemści. I to jest dla dziczka Waldka nauczka. Zemściło się okrutnie.

Po mozolnej przeprawie przez Amazonkę dziki szukają na ścieżce miejsc bez błota. Kilka kilometrów dalej wiemy już, że czeka nas wyrypa, deszcz, błoto i tak całą noc. Cały czas trzeba patrzeć, gdzie się stawia stopę, deszcz rozprasza światło czołówek. Każdy krok w tym błocie to jak jazda na lodowisku, z omijaniem oczek wodnych, bo ciężko to nazwać kałużami. I tak lecimy.
12 kilometr. Chłopaki przeskakują przez błoto, a ja za nimi. Kolejne omijają bokiem, to ja też. Jedną z kałuż, którą oni minęli, zamierzam przeskoczyć…i wpadam po pas w błoto.

Chłopaki ryczą ze śmiechu. Dziczek z raciczkami w górze krzyczy: „hilfe, hilfe!”. A ci nic, tylko śmiechy jak przy śniadaniu kilka godzin wcześniej. W końcu pomocny kij przychodzi mi na ratunek i wydostaję się z pułapki. Nogi i ręce są całe w błocie, nawet nie ma jak tego z siebie ściągnąć.

Nic to, lecimy dalej. Grześ cały czas mówi, że zawsze jak ma takie historie, to nie ma pod ręką telefonu i chyba w końcu zainwestuje w kamerkę, bo nikt mu w to nie uwierzy. Ale tak było, zanurzyłem się w błocie po pas.

Po drodze w małym potoku ściągam rękawki, zmywam błoto z rąk, ile się da. Grzesiu po raz kolejny wykonuje akcję „buty w rękę i przeprawa przez Amazonkę”.

I tak w tym deszczu i błocie dobiegamy na do pola campingowego w lesie. 21 kilometr. Wita nas wesoła banda (nie pamiętam jak się zwali), oferują nam wodę, karkówkę, wódkę, piwo i sernik. Na ten sernik daliśmy się z Grzesiem namówić. Bartek miał skitrane tortille od żony. lecz milczał.

Bukłaki i inne naczynia biegowe napełnione na maksa, podziękowania wybawcom, i ogień. Po jakiś dwóch, no może trzech, kilometrach mam uczucie mdłości. Brzuch boli, nie mogę patrzeć na żele, a nawet na jedzenie, które proponuje Bartek. Skupiam się więc na biegu. Gęsiego, za plecami naszego bodygarda i kusej sarny lecę do miłego miejsca i miłego spotkania.
Na 28 kilometrze w deszczu (ja z tym brzuchem) spotykamy Violettę z Gorce Ultra Trail. Viola mówi kilka miłych słów, uśmiecha się, i na spokojnie oznajmia, że teraz jest już z górki. Dostajemy też wodę. Wieczór, deszcz, las i drobna dziewczyna, która wspiera biegnących. To było miłe spotkanie dla mnie. Wtedy nie wiedziałem, że zapoczątkuje wyzwanie biegowe na GUT 2021. Ale to opowieść na kiedy indziej. Teraz jestem tu na Rzeźniku z Bartkiem i Grzesiem, z którymi po około ośmiu godzinach napierania w błocie i deszczu dobiegamy do pola namiotowego. O dwie godziny później niż zamierzaliśmy.

Dziewczyny są gotowe i zwarte. Wypas suport i najlepszy punkt odżywczo-regeneracyjny jaki kiedykolwiek miałem na moich biegach. Ciepła herbata, kawa, ciastka, czekolada, pyszna kasza z warzywami na ciepło i cola, która ratuje mój brzuch. Żyć nie umierać. I co najważniejsze możemy zdjąć te mokre obłocone ubranie i założyć suche. Nawet jeżeli tylko na chwilkę to i tak fajnie.
Tankujemy wodę, żele do plecaka, ostatnie pogaduchy z Agą i Karoliną i lecimy na drugą pętelkę z kolejną przeprawą przez Bieszczadzką Amazonkę.

Jest już na tyle widno, że widać kształty i to, co przed nami. A przed nami oaza błota, gdzie nie spojrzysz. To co jest na ścieżce to jakaś lepka substancja, która czepia się nawet przy lekkim zetknięciu z tobą. Aby ją ominąć, robisz dodatkowo kilka metrów w bok. W tym błocie walę paluchem w kamień tak, że słyszę jak pęka mi paznokieć, ból jak cholera.
Na liczniku mamy jakieś pięćdziesiąt kilka kaemów, a ja mam problem, aby tą stopę postawić i się z niej wybić. A tu trza walczyć o stabilny trucht (w moim przypadku raczej już świński). Bartek z Grzechem mocno mnie wspierają, na podejściach zwalniam, nie jest dobrze.

Jakoś za chłopakami lezę i jest mi coraz bardziej głupio, że ich spowalniam i muszą na mnie czekać. Na 65 kilometrze mam dosyć. Słońce, parnota, błoto, stopy to nie wiem, czy mam. Bartek częstuje mnie pyszną tortillą, ale to nie pomaga. Ściana i pozamiatane.
W tym właśnie miejscu i czasie kończy się historyja Bartka, Grzesia i Waldka. Po męczarniach dotarłem do mety. Gdy wykąpałem się i przebrałem, okazało się, że nie mogę zmieścić stóp w butach. Paznokci brak. Może gdybym stosował zasadę Grzesia: „przeprawa przez Amazonkę” i założył inne buty, jak sugerował Bartek, i przede wszystkim przygotował się do biegu, to napisałbym tę historię do końca, a tak kończę już tu.
Dziękuję chłopakom za wspólne chwile, które zostaną w mojej pamięci na zawsze, mega suportowi. Byliście wielcy.

Dziękuję za te chwile z całego serca.
Dalszą opowieść zdaję na ręce Bartka.

Relacja Bartka Kociumbasa

Odpoczywając z Grzesiem w trawie, po pokonaniu drugiej pętli i zakończeniu dystansu podstawowego Biegu Rzeźnika, zaczęliśmy mieć coraz więcej wątpliwości, czy mamy ochotę napierać dalej aby zakończyć Hardcora.
Padła nawet propozycja, żeby rzucić monetą i niech ślepy los za nas zdecyduje. Przeważył jednak argument, że przecież te 84 km to w tych błotnych warunkach tak, jakby pobiec 107 km w normalnych. A po drugie, można już uczcić ten piękny dzień zimnym piwkiem.
Dużo się nie zastanawiając, Grześ poszedł do stolika sędziowskiego, aby zakończyć tę nierówną walkę i rozpocząć rozkoszowanie się złotym napojem.
Jakie było nasze zdziwienie, gdy sędziowie stwierdzili, że jeżeli teraz zakończymy, to Grześ będzie miał niezakończony bieg i nici z piwka, punktów ITRA, i wlepią mu DNF. Tak nie mogło być. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że biegniemy dalej. A miało być tak pięknie.
Waldek z powodów problemów żołądkowych i kapiszona na palcu podjął decyzję, że będzie nam mocno kibicować i trzymać za nas kciuki.

Trzecia pętla rozpoczynała się podejściem, które dzisiaj przyszło nam pokonać po raz trzeci. Błoto coraz większe, strumienie glinianej mazi płyną nam naprzeciw, z góry w dół. Ale świadomość, że to już ostatni raz, pozwala wykrzesać nowe pokłady energii. Poszło szybko i sprawnie.
Potem zbieg, który również już poznaliśmy. Puszczamy się w dół, powoli z każdym metrem zbliżamy się mety.

Kolejna przeprawa przez rzekę i tym razem zastosowałem sekretny sposób przeprawy Grzesia. Poprzednio atakowałem rzekę jak ułan pod Wiedniem, co przyniosło swoje efekty kilkadziesiąt kilometrów temu w postaci kilku pęcherzy, w tym pod piętą i oboma śródstopiami. Tym razem dostojnie zdjęliśmy trzewiki, skarpety i przeszliśmy na drugą stronę, gdzie wysuszyliśmy nogi i nałożyliśmy solidną dawkę Sudocremu. Mi to niewiele w sumie pomogło, ale Grześ do końca nie zanotował ani jednego pęcherza. Poprzysiągłem sobie, że już zawsze będę w ten sposób pokonywał cieki wodne, no chyba że nie będzie innego wyjścia niż atak wpław.

Wiedzieliśmy co prawda, co nas czeka w trakcie drugiego podejścia na Hyrlatą, ale napieraliśmy całkiem niezłym tempem. No ale cóż, podejście czas zacząć. To najtrudniejsze (czyt. najbardziej strome) podejście w trakcie całego biegu. Tempo równe. Jak na wojskowej paradzie, cały czas pod górę. Grześ z przodu, ja krok w krok za nim. Zegarek pokazuje na ostatnim kilometrze 237 m przewyższenia. Soczyście. Zajęło nam to 20 minut, długie 20 minut. Ale nam to nie przeszkadza. Niebieska pętla prosto, a nasza żółta w lewo, jeszcze kilkadziesiąt metrów w górę i zbieg. Początkowo nie zapowiadał się jakoś ciężko, ale z każdym metrem nachylenie robiło się coraz większe. Coraz większe również zmęczenie nie pozwoliło nam puścić się w dół, za to biegliśmy coraz bardziej asekuracyjnie, zbijając sobie czwórki niemiłosiernie.

Zbieg zakończył się przy potoku, niedaleko Roztok Górnych. Mały popas, posilenie się batonem i start na ostatni dzisiejszy podbieg, heh tzn. podejście.

Przez Roztoki prowadził krótki asfaltowy odcinek długości około 500 m. Na końcu tego odcinka widzieliśmy wesoło biegającego psa i jakąś osobę, która się nim opiekowała. Im bliżej podchodziliśmy do tego miejsca, tym bardziej docierało do nas, że ta osoba to bardzo ładna kobieta, która kieruje biegaczy na właściwy szlak, pokazując właściwy kierunek biegu.
Powiedziałem Grzesiowi, że marzeniem byłoby, gdyby miała coś zimnego do picia, bo słońce zdążyło nas przez cały dzień przyprażyć, a taka zimna cola, to byłoby coś. Grześ tylko przytaknął, ale wyraz jego twarzy nie wyrażał wielkiej wiary w cuda.

Przywitaliśmy się przyjaźnie z dziewczyną i zażartowałem w temacie coli. Jakież było nasze zdziwienie, jak ta rusałka wyciągnęła z auta butelkę zimnej, schłodzonej Coca-Coli. Smak jak najlepszy Don Perignon, rozkoszowaliśmy się każdym łykiem. Zamiast zostawić chociaż trochę na później, wyżłopaliśmy wszystko do dna.
Jakież to było piękne, proste uczucie. Podziękowaliśmy i rozpoczęliśmy ostatni dzisiejszy marsz pod górę. Gdyby nie ta cola, to nie wiem jakby się to wszystko skończyło. Ten zastrzyk mocy okazał się strzałem w dziesiątkę. Dzisiaj to zdarzenie wydaje się jakby to była fata morgana, mało prawdopodobne.

Ostatnie podejście nie było szczególnie wymagające, trochę nawet nużące, obudziliśmy się nagle, gdy zobaczyliśmy stojący samochód po środku górskiego potoku, w którym ilość kamieni wielkości telewizorów była równa ilości rodzynek w świątecznym makowcu. Potok wił się, a auto, raczej amfibia, próbowała go sforsować pod górę. Kierowca zrobił krótką przerwę na wycięcie kilku drzew, które tarasowały potok w poprzek, a na pytanie, co oni tu robią, bez namysłu poinformował nas, że jadą najkrótszą i raczej jedyną drogą na Jasło, gdzie usiadł helikopter i nie może wystartować. Ot, taka ekipa ratunkowa, która używa potoków zamiast dróg.
Do końca podejścia mieliśmy całkiem niedaleko. Jak tylko pojawiła się bezdrzewna połonina, wiedzieliśmy, że do końca naszego biegu już niedaleko, choć z drugiej strony wiedzieliśmy jak będzie się nam dłużył ten ostatni fragment. Niby już w dół, ale znaliśmy ten odcinek i wiedzieliśmy, że czeka nas kilkanaście mniej lub bardziej zadartych podejść.

Czołówki wyłączone i do przodu. Ostatnie fragmenty trasy pokonaliśmy już w całkowitych ciemnościach, rozświetlonych przez nasze światełka. Na mecie czekali na nas Waldek, mój syn i jego kumpel oraz nasze dwie supporterki Aga i Karolina z mężem.
Nie było lekko, ale satysfakcja z ukończenia tego nietypowego biegu była niesamowita. Świadomość w jak trudnych warunkach przyszło nam biegać w Bieszczadach i walka z samym sobą wywołały uśmiechy na naszych twarzach.

Podziękowaliśmy sobie za dobrze wykonaną robotę i pochłonęliśmy się w ekscytacji i degustacji zimnego, ciemnego Kozela. Z utęsknieniem spoglądam w kalendarz, wyglądając daty przyszłorocznej edycji. Zaczynam się zastanawiać, czy nie mam jakich skłonności masochistycznych. Nie, na pewno nie. No, może tylko jeżeli chodzi o bieszczadzkie bieganie.

 

Fotografie w tekście pochodzą z profilu FB Grzesia Krupy

Dodaj komentarz!


Warning: Undefined variable $user_ID in /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-content/themes/kbsobotka/comments.php on line 175

Dodaj komentarz lub trackback ze swojej strony. Możesz także Śledzić komentarze w kanale RSS.

Współpracujemy z serwisem Gravatar. Aby wyświetlić swój avatar przy komentarzu, zarejestruj się™ na Gravatar.


Warning: Undefined array key "SHOPPING_CART" in /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-content/themes/kbsobotka/footer.php on line 79

Fatal error: Uncaught TypeError: count(): Argument #1 ($value) must be of type Countable|array, null given in /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-content/themes/kbsobotka/footer.php:79 Stack trace: #0 /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-includes/template.php(790): require_once() #1 /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-includes/template.php(725): load_template('/home/inford3/f...', true, Array) #2 /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-includes/general-template.php(92): locate_template(Array, true, true, Array) #3 /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-content/themes/kbsobotka/single.php(87): get_footer() #4 /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-includes/template-loader.php(106): include('/home/inford3/f...') #5 /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-blog-header.php(19): require_once('/home/inford3/f...') #6 /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/index.php(17): require('/home/inford3/f...') #7 {main} thrown in /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-content/themes/kbsobotka/footer.php on line 79