NASZE BIEGI

Balkan trip, czyli dwa w jednym – relacja Przemka Góraka

Zaczęło się w czerwcu 2019 r. podczas krótkiego urlopu w Skopje i Ohrid. W trakcie jednego z wybiegań po Narodowym Parku Galicica ktoś miejscowy zapytał mnie czy biegłem tydzień temu Krali Marko Trail. Odpowiedziałem, że nawet o nim nie wiedziałem, bo jakbym wiedział, przyjechałbym do Macedonii tydzień wcześniej. Wtedy jeszcze startowałem wszystko na wariata, tzn. co tydzień, a nawet 2 razy w tygodniu.

Po powrocie do Polski pomyślałem, że jak tam są takie super tereny do biegania i organizują tam biegi górskie, to dlaczego nie pobiec tam w 2020 roku. Na planach szybko się skończyło, gdyż każdy wie, jaki był to rok. Granice pozamykane itd., itp.

Ale w 2021 r. postanowiłem sobie, że start na Bałkanach to będzie mój „must have”. A że jak coś sobie postanowię, to nie ma odpuszczania, to wiedziałem to tak się stanie. Znalazłem dwa eventy biegowe: Vodno-Matka Trail w marcu w Skopje oraz Ohrid Ultra-Trail w maju. Wybór padł na Skopje wbieg na górę Vodno i dalej wzdłuż Kanionu Matka i powrót na górę Vodno – 42km zabawy. Dostałem info od organizatora Dejana Krle, że bieg odbędzie się na 100%, więc jedyne, co mogło mnie zatrzymać w Polsce, to ponowne zamknięcie granic. Dwa tygodnie przed startem tranzyt był możliwy, ale niestety, na tydzień przed znów zamknęli granice. Bieg się odbył, ale beze mnie.

Rezerwową opcją był Ohrid Ultra-Trail, czyli bieg nad Jeziorem Ohrydzkim i po Narodowym Parku Galicica w maju. Granice otwarte, więc nic nie wskazywało, że majówka w Macedonii się nie odbędzie. Ale jednak została przeniesiona na wrzesień. Z racji tego, że w Macedonii została wprowadzona godzina policyjna, a jeden z biegów (110 km) startował o godzinie 23, nie było możliwości zorganizowanie w tym terminie festiwalu biegowego. Organizatorzy postanowili cały festiwal przenieść na 17-19 września. Akurat w czasie wtedy, gdy planowaliśmy dłuższy urlop na Bałkanach. Złożyło się więc tak, że wrześniowy urlop został połączony z głównym startem sezonu.

Na dwa tygodnie przed Ohrid UT zrobiłem cały tydzień mocnych treningów, desygnowanych przez trenera Darka Kruczkowskiego. Ze Ślęzą tak się „zakolegowałem”, że traktowałem ją jak hopek, który kilkukrotnie co dziennie muszę wbiec. Dalej, na tydzień przed startem, wyjazd do Albanii na aklimatyzację z większymi temperaturami, niż te, które były w kraju.

Już po przyjeździe w Albanii aktywna regeneracja w temperaturze 30-stu stopni oraz liczenie na to, że tydzień później w pobliskiej Macedonii będzie troszkę chłodniej. W piątek rano wyjazd nad Jezioro Ohrydzkie, po drodze jeszcze ostatnia forma regeneracji nóg w mega zimnym jeziorku-źródle Siri i Kalter. Później przejazd przełęcze górskie w okolicach miast Leskovik i Korca z obłędnymi widokami.

Po dojeździe do Ohrid odbiór pakietu startowego w biurze zawodów, które było zlokalizowane tam gdzie meta, czyli na główniej promenadzie miasta. Miasta, które zostało w 1980 r. wpisano na listę światowego dziedzictwa Unesco. Numer startowy 301 – ciężki, który jednak do czegoś zobowiązuje.

Krótka rozmowa z Dejanem, który podziękował mi za przyjazd, oraz poinformował, że dziś jest super pogoda i że jutro o poranku będzie podobnie. Ale już bliżej godzin południowych ma przyjść zimniejszy front znad Albańskich gór, oraz że pojawi się bardzo silny wiatr, ulewne deszcze i burze. Po wymianie zdań udaliśmy się na nocleg do miejscowości Peshtani, skąd rano planowany był start mojego biegu czyli Samotska Ultra Trail (40km, 2000m up).

Wczesny poranek przywitał nas bardzo przyjemną temperaturą – 18 stopni C. Były przebłyski słońca, choć co jakiś czas lekko kropiło z góry. Niebo nad górami jeszcze było spokojne. Ale znad drugiej strony jeziora, znad albańskich gór, nadciągały czarne chmury deszczowo-burzowe.

Krótka rozgrzewka wzdłuż rybackiej wioski Peshtani i kilkanaście minut przed godziną dziewiątą staję na starcie biegu. Przygotowanie fizyczne i mentalne bardzo dobre. Tydzień regeneracji zrobił swoje, nogi świeżutkie, łydki luźne, „głowa czysta”, track w zegarek wgrany. Osiągnięcie takiego stanu przed startem do już jest duży handicap. Buty dobrane idealnie. Po sierpniowym złym dobraniu ogumienia na Gorce UT, wiedząc, że pogoda się zmieniała będzie przez cały bieg, postawiłem na La Spotriva Karacal. Wybór idealny – nogi ani razu nie pośliznęły się w śliskich kamieniach, pięknie wgryzały się w grząski teren i amortyzacja przy tym była super.

Godzina 9:00 i odliczanie: Deset, devat, osum… tri, dva, eden i start. Ja jak to ja, wystartowałem z pierwszej linii od razu mocno. Choć wiedziałem, że zaraz tempo biegu mocno zwolni, bo będzie 7 km i 1100 m up mozolnego podbiegu na Bugarską Chukę – jeden ze szczytów Narodowego Parku Galicicy. Taki mały uphill: z poziomu jeziora 700 m n.p.m. na 1800 m n.p.m.

Ale po jakichś 200 m wyprzedziło mnie dwóch lokalsów, zacząłem biec za nimi, nie patrząc na wstążki, i na track w zegarku. Mocno pod górę. Po 3 minutach ścieżka się skończyła. Oni zdezorientowani, ja nie mniej, na tracku 350 m poza trasą. Lekkie podenerwowanie u mnie i wracamy w dół, prawie do miejsca startu. Nikogo za nami, wszyscy pewnie pobiegli wg znaczników. A my mamy kilometr i 100 m podbiegu niepotrzebnie dołożonego do trasy. Dalej, już nie patrząc się na lokalsów a na track, dobiegam do ostatnich osób i mozolnie wszystkich wyprzedzam bardzo wąską ścieżką pod górę. Zajęło mi dobrych kilka minut, żeby ponownie objąć prowadzenie. Podbieg na szczyt bardzo stromy. Często musiałem przechodzić do marszu, ale systematycznie budowałem coraz większą przewagę nad konkurentami. Będąc już prawie na szczycie Bugarskiej Chuki, ostatnie 500 m było mega strome, musiałem łapać się skał i kamieni, żeby lepiej i szybciej się podchodziło. Teren robił się coraz bardziej surowy, nie było już żadnych drzew, krzewów, tylko kamienie i skały. Zaczął również wiać bardzo mocny, boczny wiatr. Będąc już na grani, zrobiło mi się bardzo zimno, kilka razy wiatr mnie mocno zarzucił, tak że bałem się, że spadnę w dół, w przepaść. Zerwało mi też dwa razy czapkę, ale dwa razy zatrzymała się na skałach i tylko dla tego jej nie straciłem. Będąc na szczycie, chciałem jak najszybciej już go opuścić, zacząć zbiegać. Po 300 m biegu granią zobaczyłem punkt kontrolny, gdzie spisywano numery i czasy zawodników.

Sędziowie poubierani byli w zimowe kurki, czapki, rękawiczki. Podaję im szybko swój numer 301 i zbiegam w dół. Wiatr poniżej grani jest już lżejszy, za to mój bieg ze zbieganiem nie ma wiele wspólnego. To raczej schodzenie, trzymając się skał. Po drodze mijam wejście do jaskini Samotska. Dla porównania zbieg Skalną ze Ślęzy to bajka, asfalcik, w porównaniu z tym zbiegiem.

Na szczycie miałem 4 min przewagi. Musiałem ten odcinek zbiegowy zrobić bardzo wolno, bo na końcu doszedł mnie zawodnik z Kosowa – Lirim Sahiti. Pomyślałem sobie, jak go zobaczyłem zaraz za sobą, że trzeba się w końcu brać do roboty. Dolecieliśmy razem do 12 km, do schroniska Asan Djura, gdzie również nie robiłem pit-stopu. Tylko spisali numery i lecimy dalej.

W tym momencie zaczął się trzynastokilometrowy odcinek. Odcinek, który analizując trasę i profil przed startem, nazwałem –- BC 13km po hopkach. Od początku tej części trasy biegu biegłem pierwszy, a za mną kolega z Kosowa. Biegniemy po łąkach, pastwiskach, pośród dziko wypasających się krów i byków, uważając na pozostawiane przez nie miny. Tempo tych trzech-czterech kilometrów pierwszych mamy spokojne, około 16 km trasy postanawiam przetestować kolegę. Pierwsze szarpnięcie i Lirim zostaje kilka metrów za mną. Powraca luz spokój. Drugie szarpnięcie i znów przewaga wzrasta do kilku metrów, więc jest dobrze. Trzecie szarpnięcie na 18 km trasy i ogona zostaje z tyłu. Dalej lecę już sam.

Trochę dłużył mi się ten odcinek , nudno, płasko, nic się nie dzieje. Na samym końcu tego „mojego BC”, czyli w okolicach 25 km biegu, łączą się dystanse 40 km, 66 km, i 110 km, więc w końcu zaczynają się jakieś atrakcje, czyli wymijanie ultrasów.

Kolejny punkt kontrolny – Letnica – również bez sekundy postoju. Tylko podaję numer 3-0-1 i lecę dalej. Zaczyna się drugi podbieg czyli Visok Vrv (1644m n.p.m.) oraz ulewa. Trochę podbiegania, troszkę podchodzenia, mijam kolejne osoby z dystansu 110 km. Na szczycie totalna mgła, widoczność 5 m oraz znów bardzo silny wiatr. Widoczność tak mała, że osoby ze 110 km błądzą na szczycie, nie widząc znaczników. Ja na szczęście mam track. Poinformuję ich o tym i „zapraszam” do wspólnego biegu. Przez chwilę znowu mam ogon, tym razem grupetto 10-12 osób z dystansu 110 km.

Widząc, jaka jest sytuacja na trasie, że prowadzę, że pogorszyła się znacznie pogoda, przestał się dla mnie liczyć czas dobiegnięcia do mety. Liczyło się bardziej to, by bezpiecznie dobiec i wygrać. Zbieg z Visok Vrv jest już po bardzo śliskich kamieniach, więc trzeba uważać. Nie mogę sobie pozwolić ani na trochę szaleństwa, ani na brak koncentracji.

Zbiegłem do miejscowości Velestovo, gdzie zlokalizowano przedostatni punkt kontrolny. Znając ten odcinek z wybiegań podczas wcześniejszego urlopu, wiem że przede mną ostatni zbieg i że nic i nikt nie jest w stanie zabrać mi zwycięstwa. Tak długo wyczekiwanego! Pięć kilometrów w dół do Ohrid, następnie bieg jedną z głównych ulic miasta, nawrót na rondzie i pozostało już tylko minąć stadion. Ostatni kilometr wiedzie już promenadą wzdłuż Jeziora Ohrydzkiego. Słychać spikera zawodów. Do mety 200 m, przybicie piątek z kibicami, coś tam się w oku kręci, biało-czerwona na szyję i wbiegam na metę, zrywając szarfę – WINNER!

Szczęśliwy, zmęczony, ale mega zadowolony. Pozwoliłem sobie nawet wykrzyczeć pod nosem: „K…a, w końcu!”

Kilka zdjęć, rozmów z organizatorami, uzupełnienie płynów i oczywiście regeneracja zmęczonych nóg w jeziorze. Następnie szybki prysznic, uzupełnienie węglowodanów i w końcu odpoczynek połączony ze zwiedzaniem pobliskich atrakcji. Zostajemy do niedzieli, gdyż dopiero na następny dzień zaplanowana jest „award ceremony”.

Kilka cyferek z biegu:

– dystans: 40 km,

– przewyższenia: 2000 m,

– nawodnienie podczas biegu: 0.8l,

– jedzenie: 1 żel, 2 daktyle, garść rodzynek.

– bomby i kryzysy: 0 sztuk.

Wielkie podziękowania dla organizatorów za bardzo wysoki poziom organizacji festiwalu. Wszystko na top poziomie. Niektórzy organizatorzy biegów w Polsce mogliby się, a raczej powinni, od kolegów z Macedonii dużo nauczyć. A szczególne podziękowania dla mojego suportu oraz dla trenera Darka. Bez tych osób raczej ciężko było by osiągnąć to zwycięstwo.

A do Macedonii na kolejny bieg wrócę, wiem o tym. Może nawet w następnym sezonie…

Dodaj komentarz!


Warning: Undefined variable $user_ID in /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-content/themes/kbsobotka/comments.php on line 175

Dodaj komentarz lub trackback ze swojej strony. Możesz także Śledzić komentarze w kanale RSS.

Współpracujemy z serwisem Gravatar. Aby wyświetlić swój avatar przy komentarzu, zarejestruj się™ na Gravatar.


Warning: Undefined array key "SHOPPING_CART" in /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-content/themes/kbsobotka/footer.php on line 79

Fatal error: Uncaught TypeError: count(): Argument #1 ($value) must be of type Countable|array, null given in /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-content/themes/kbsobotka/footer.php:79 Stack trace: #0 /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-includes/template.php(790): require_once() #1 /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-includes/template.php(725): load_template('/home/inford3/f...', true, Array) #2 /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-includes/general-template.php(92): locate_template(Array, true, true, Array) #3 /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-content/themes/kbsobotka/single.php(87): get_footer() #4 /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-includes/template-loader.php(106): include('/home/inford3/f...') #5 /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-blog-header.php(19): require_once('/home/inford3/f...') #6 /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/index.php(17): require('/home/inford3/f...') #7 {main} thrown in /home/inford3/ftp/kbsobotka.pl/wp-content/themes/kbsobotka/footer.php on line 79