Forma przybyła z nagła – relacja z III Interferie Run w Świeradowie

Relacje z biegu takiego jak ten, krótkiego, ledwie 10 km, niełatwo jest pisać. Biegnie się bardzo szybko, bardzo krótko, a po wszystkim pamięta się jedynie pojedyncze obrazy, jakby klatki z filmu puszczonego na przyspieszonych obrotach.

Nie to co ultrasi. Oni biegnąc nierzadko przez dzień cały, mogą swoim cierpieniem się delektować. Mają mnóstwo czasu by każdy ognik swego bólu smakować, a potem opisać go dokładnie, niczym krytyk kulinarny swój niedzielny obiad w wykwintnej restaruracji.

Nie to żeby cierpienie podczas krótkich biegów było mniejsze. Przeciwnie, cierpi się bardzo intensywnie, całym sobą, a do tego całodzienny przydział owej męki trzeba skompresować w tych kilkadziesiąt minut, by wykorzystać go w pełni w każdej sekundzie biegu, wszak tu o sekundy właśnie chodzi.

III Interferie Run miał być moim ostatnim startem kontrolnym przed 6 Nocnym Półmaratonem Wrocławskim – jednym z głównych startów docelowych tej wiosny, a jednocześnie moją kolejną cegiełką do drużynowej rywalizacji KB Sobótka w cyklu biegów górskich RWSB.

Mówiąc szczerze to niezbyt mi ten start pasował. Wolałbym pobiec w tym czasie Smolecką Zadyszkę, płaską asfaltową dzieisątkę, bardziej zbliżoną do nocnego półmaratonu zarówno nawierzchnią jak i profilem, a przy tym wiele mniej ryzykowną jeżeli chodzi o kontuzje. Wszak bieg górski taki jak ten, na superszybkiej, ale jednak kamienistej trasie, jest życzeniem urazu w najczystrzej postaci.

Solidarność klubowa jednak zagórowała i postanowiłem zaryzykować. Nie bez znaczenia był też fakt, że trasa była w lesie, zacieniona i w dość chłodnych Izerach, podczas gdy w Smolcu na rozgrzanym asfalcie, skwierczałbym jak kotlet na patelni.

Forma moja była niczym nieszczęście u Andrzeja Sapkowsiego. Postępując zgodnie z odwiecznym zwyczajem nieszczęść i jastrzębi, wisiała nade mną jakiś czas, wyczekując sposobnego momentu na atak. W maju było z nią różnie. Rekordowy kilometraż powyżej 400 km w miesiącu, do tego dużo interwałów, długich wybiegań, rytmów, nieco przełajów i niemal brak treningów w drugiem zakresie czy wytrzymałościowych sprawiły, że na płaskim byłem szybki jak nigdy, a jednocześnie w górach tak słaby, że trudno mi było przypomnieć sobie kiedy ostatnio tak cierpiałem na byle podbiegu. Do tego dwa starty majowe, dopełniły chaosu.

Najpierw 10 km górska w Polanicy, gdzie choć zająłem II miejsce w kategorii M30, to było to bardzo mylące. Prawda była taka, że mimo agresywnego startu, na dalszych kilometrach nie byłem w stanie nawet wbiec na 250 metrową górkę. Tragedia. Przyzwoite miejsce na mecie było spowodowane tylko zwykłym zrządzeniem losu, który sprawił, że większość mocniejszych zawodników wybrała dystans 21 km.

Później był Bieg na Ślężę i degręgolady ciąg dalszy. Tak słabego biegu to nie pamiętam od lat. Wstyd było nawet relację z niego pisać…więc nie napisałem.

Mimo tych wszystkich biegowych upokorzeń, mój Garmin z uporem maniaka pokazywał, że forma jest i rośnie z dnia na dzień, a na treningach wyglądało to bardzo dobrze.

Martwił mnie tylko ten mój plan treningowy, konkretnie plan Plitzingera. Plan który gdy go pierwszy raz ujrzałem, to wydał mi się taki mdły i przeciętny, że odłożyłem książkę w której się znajdował na półkę. Z czasem sięgnąłem po nią znowu, ale bardziej tak dla przyzwoitości, bo skoro już ją kupiłem, to musi się znaleść w niej choć kilka wartościowych stron.

Potem okazało się, że ten mdły plan, któremu dałem w pewnym momencie malutką szansę, przyniósł całkiem niezłe efekty, dzięki czemu po 2 latach udało mi się połamać 37 min na 10 km. Później ten sam plan w przeciągu kilku miesiący przeniósł mnie z nagła na poziom 35:30, a Agnieszcze Pieluszyńskiej pozwolił przełamać dwuletnią stagnację i poprawę o ponad minutę na dystansie półmaratonu.

W takich okolicznościach przyrody nie pozostało mi nic innego jak trzymać się kurczowo owego Plitzingera. Plan musiał zostać jednak trochę zmodyfikowany. Raz, bo czasu do nocnego było zbyt mało, więc faza „wytrzymałość-próg mleczanowy” została pominięta, dwa, bo ewidentne braki siły biegowej trzeba było nadrobić górami.

Teraz zaś, gdy największe obciązenia miałem już za sobą, zachodziłem w głowie, czy ta pominięta faza wytrzymałościowa się na mnie nie zemści, i czy zawody raz na dwa tygodnie są jej wystarczającym substytutem. Sobotni trening sprzed tygodnia na trasie Półmaratonu Ślężańskiego rozwiał jednak moje wątpliwości. Wytrzymałość była, szybkość była, nawet siła biegowa wróciła, a przynajmniej na tyle, by pokonać podbieg na Tąpadłą w przywoitym tempie. Do tego Garmin z uporem maniaka pokazywał, że z dnia na dzień jest coraz lepiej. Docelowe sub 1:20 na nocnym było na wyciągnięcie dłoni, pozostał teraz już tylko ostatni sprawdzian w Świeradowie.

Jedziemy do Świeradowa w trójkę, z moją Anią i panem Heniem Załęskim. Pan Heniu po drodze raczy nas opowiastkami o swych przygodach z młodości, gdy Jerzy Kulej kazał mu wybierać narożnik w ringu, w którym go powali. Podróż mija szybko. Na miejscu czeka już reszta drużyny, Stankiewicze i Pieluszyńscy. Team zwarty i gotowy.

Drużyna KB Sobótka w Świeradowie Zdrój

Na Rozdroże Iezrskie jedziemy autobusem. Ania po raz kolejny napomyka, że tak na prawdę to ona nie chciała się na ten bieg zapisywać, i zastanawia się dlaczego to sobie uczyniła. Do startu jeszcze 45 minut, później zmieni zdanie.

Na Rozdrożu Izerskim rozgrzeweczka. Bieg będzie krótki i mocny, więc lenistwo tu nie popłaca, grzać się trzeba. Jeden kilometr przetruchtany w poszukiwaniu toalety. Jest kameralny, porzucony w lesie kamieniołomik. Robię co trzeba, a na odchodnym nie mogę się powstrzymać by rzucić okiem na wychodnię. Gnejsy…mocno przeobrażone…z dużą ilością kwarcu… kambryjskie, stare jak świat. Te same na których prof. Oberc-Dziedzic zęby zjadła.

Drugi kilometr truchtam już wzdłuż trasy biegu. Taki mały rekonesans. Jest cały czas pod górę, może niezbyt stromo, ale wystarczająco dla moich nóg by zaczęły mnie błagać o spokojny początek. Tym razem nie będzie świrowania. Tym razem ma wrócić stara dobra „zimna krew”.

Wracam w okolicę startu. Rzut oka na rywali. Jedni się rozciągają, inni truchtają, jeszcze inni pogrążeni w spokojnej rozmowie. Są tacy z których kipi adrenalina, to zwykle Ci z KGHM, dla których ten bieg ma rangę mistrzostw górników i hutników. W sumie na starcie czeka przeszło 200 osób.

Z przedbiegowych analiz wiem, że może piątka z nich jest mocniejsza ode mnie, jednak teraz, patrząc na atletyczne nabuzowane sylwetki, dumnie wzniesione głowy i determinację w oczach, zaczynam wątpić w swoje szacunki. Jakieś głęboko skrywane kompleksy nie dopuszczają myśli, że to oni mają się bać mnie, a nie ja ich.

Tuż przed startem Antoni Stankiewicz, niczym wybitny psycholog, kieruje rozmowę na kilka kontrowersyjnych kwestii z ostatniego zebrania zarządu KB Sobótka. Dodatkowa porcja adrenaliny i testosteronu zasila mój krwioobieg, Antoni zaś, z szelmowskim uśmiechem na twarzy, może już w duchu pogratulować sobie skuteczności. „Job done”.

Antoni Stankiewicz – wielki strateg KB Sobótka

Ruszamy.

Początek spokojny. Czołówka biegnie w zwartej grupie. Nikt się nie wychyla, nie szarpie, nie wystrzela do przodu jak pocisk. Dwukilometrowy podbieg, choć łagodny to wymusza pokorę. Biegnę początkowo zamknięty w okolicach 20 pozycji. W drugiej części podbiegu, gdy czołówka oddala się już nieco za bardzo, przyspieszam kilkukrotnie by wykorzystując niewielkie luki w tłumie przesunąć się o kilka pozycji do przodu.

Grupa prowadząca składa się z trzech zawodników, a kilka kroków za nimi podąża jak cień pościg, znacznie już liczniejszy. Wśród pierwszej trójki moje oko przyciąga niebieska koszulka „UKS Ludwikowice”. Nie znam zawodnika, nie widze jego twarzy, nie widzę numeru, a mimo to wiem kim on jest. To musi być Mariusz Piekarz, faworyt kategorii M30, do tego w życiowej formie. Jeden z trzech pewniaków wystawionych przez UKS Ludwikowice, który ma zapewnić im zwycięstwo w klasyfikacji drużynowej. My przywieźliśmy Świeradowa dwóch pewniaków, Henryka Załęskiego i Iwonę Stankiewicz.

Iwona Stankiewicz i Henryk Załęski

Po tegorocznej zmianie regulaminu rywalizacji drużynowej przez organizatora, emocje w tej rywalizacji zdecydowanie siadły. W zeszłym roku liczyła się każda sekunda, każdy zawodnik, nawet przeciętny, mógł zrobić rożnicę. W tym roku tego niestety brak. Bierze się trzech pewniaków w swoich kategoriach wiekowych , zgarnia się 900 punktów i puchar za zwycięstwo. Bye! Emocje? Prawie żadne.

Tak było i tym razem. Z Ludwikowic przyjechała mocna trójka, od nas z Sobótki mocna dwójka, plus Gosia Pieluszyńska, która mogła pozytywnie zaskoczyć. Jedyną płaszczyzną, gdzie można było liczyć na jakąkolwiek rywalizację bezpośrednią była kategoria M30, która w istocie miała zadecydować kto drużynówkę wygra.

Gosia Pieluszyńska na podium kategorii K1

Niestety dla nas, faworytem w tym starciu był Mariusz Piekarz, V OPEN w półmaratonie w Polanicy – 7 minut przed Wojtkiem Franaszczukiem, II OPEN w półmaratonie RIESE tydzień temu  –  6 minut przed Bartkiem Wojsławiem. Ja natomiast w Biegu na Ślężę, zarówno z pierwszym jak i z drugim nawet nie byłem w stanie nawet nawiązać walki.

Mimo wszystko, dopóki ta niebieska koszulka znajdowała się w zasięgu wzroku, teoretyczne szanse jeszcze były.

Po dwóch kilometrach rozpoczął się długi, łagodny, zbieg. Rasowy góral pewnie by nawet na niego nie spojrzał. Droga szutrowa, niezbyt trudny, ale za to piekielnie szybki. Szybki, bo nachylenie stoku pozwalało się dobrze rozpędzić, a jednocześnie nie było tak strome, żeby wymuszać hamowanie.

Na początku zbiegu jestem w okolicach ósmej pozycji, a czołówka w dalszym ciągu jest w zasięgu wzrogu. Nasze dwie grupy rozciągnęły się nieco i jakby złączyły na powrót w jedną rozciągniętą całość. Po kilkuset metrach niebieska koszulka magnetycznie przyciągająca mój wzrok przestała się oddalać i ewidentnie zgubiła kontakt z pierwsza dwójką.

Druga grupa w której się znajdowałem zbiegała w tempie około 3’10. Po raz pierwszy w życiu w praktyce przydały mi się szybkie rytmy z treningów z prędkością submaksymalną. Niby po co biegać tak szybko? Co Ci da 100 m na maxa, skoro bieg trwa kilkadzieisąt minut. Tylko się zajedziesz, a zysk żaden. A jednak. Na tym zbiegu czulem, że mam jeszcze rezerwy, lecz na wąskiej górskiej drodze, szczególnie jak oba „pasy” są zajęte przez innych biegaczy, a każdy ma na liczniku 3’10, wyprzedzanie wcale nie jest proste. Trzeba wyczekać na lukę pomiędzy nimi, a gdy się takowa pojawi przyspieszyć nagle, i to przyspieszyć wyraźnie, by się w tę lukę zmieścić. Tylko skąd wziąść te dodatkowe moce jak wszyscy cisną 3’10? Ano z przebieżek robionych mozolnie na treningach w tempie 2’45.

Tym sposobem  udaje mi się wyprzedzić dwóch zadowników, a międzyczas trzeciego kilometra wybija 2’58. Liczba ta działa jak zimny prysznic. Miało być bez szaleństw. Kolejny kilometr już nieco wolniej 3’10, następny 3’20. Doganiam niebieską koszulkę Mariusza Piekarza i biegnę mu „na plecach” jakiś czas. Nie próbuje go wyprzedzać, by go czasem nie rozsierdzić, lecz w końcu gdy pojawia się luka, pokusa jest zbyt silna. Wysuwam się na prowadzenie naszej grupki.

Między 5 a 7 kilometrem biegniemy w trójkę, razem z Mariuszem, dyszącym mi na plecach, oraz wysokim zawodnikiem w żółtej koszulce TEAM DARCZYŃSKI. To on naciska mnie bardziej. Wygląda mi na niezłego szybkościowca. Nie myle się. To Patryk Sarżyński (PB w półmaratonie 1:16:53). Do końca zbiegu nie daję się jednak wyprzedzić.

To było tych kilka minut w trakcie III Interferie Run, kiedy drużynowo byliśmy liderem. Po 7 km rozpoczął się jednak kolejny podbieg, a ja nie po raz pierwszy w tym roku rzekłem sobie w duchu: „ale w tym roku na podbiegach jestem słaby”.

W rzeczywistości wcale nie było tak źle. Owszem, Mariusz Piekarz odjechał nam na tej górce wyraźnie, ale też żółta koszulka Patryka Sarżyńskiego została w tyle. Co więcej, biegnący przed nami zawodnik (Patryk Pieniążek) wyraźnie osłabł i w połowie podbiegu udało mi się jego kosztem wrócić na III pozycję.

Po 8 kilometrze rozpoczął się ostatni zbieg. Najtrudniejszy. To tutaj w zeszłym roku zaliczyłem wywrotkę, więc wyczekiwałem tego pamiętnego wirażu, by tym razem uważać. Udało się minąć feralny fragment mokrej trawy, więc już z ulgą gnałem w dół do mety.

Radość była jednak  zdecydowanie przedwczesna. Pół kilometra dalej, już po pokonaniu najturniejszego odcinka, wpadłem na drewniany mostek z wyjątkowo śliskimi deskami. Tym sposobem historia z ubiegłego roku zatoczyła koło. Pomimo, że zadziałały wszystkie odruchy wykształcone w młodości na boiskach piłkarskich, i udao się uniknąć większych szkód, to lądowanie w pokrzywach nie należało do przyjemnych. Na szczęście pozbierałem się na szybko. „Szybko” czyli tak, że Garmin ten upadek ledwie zauważył.

Tym razem, w przeciwieństwie do roku ubiegłego, nie zwolniłem po upadku. Utrata III miejsca to jednak świetna motywacja. Problem był jednak inny. Przez mojego orła oderwał mi się częściowo od koszulki numer startowy i kolebał się niby flaga na dwóch agrafkach. Ciężko się zbiega, gdy nie dość że ledwie dyszysz, to jeszcze jedną ręką przytrzymywać trzeba koszulkę, by nie zgubić numeru.

Myślałem czyby nie lepiej całkiem go zerwać i przybiec z nim na metę w dłoni, niby z pałeczką sztafetową, ale nie byłem pewnien czy regulamin na to zezwala. Szkoda by było dostać DSQ-a z tak błahej przyczyny, więc biegnę dalej jedną ręką.

Wydaje mi się, że jestem przez to strasznie wolny, że zaraz ktoś mnie dogoni. Mimo to jednak nie słyszę jeszcze zbliżających się kroków. Na ostatnim z zakrętów, już blisko mety, rzut oka za siebie. Ktoś za mną jest, ale daleko, kilkadziesiąt metrów, przewaga powinna wystarczyć. Ostatnie 100 m to sztywny podbieg do mety. Cisnę ile wlezie.

Ostatni kilometr wychodzi w tempie 3’10. Nie mam pojęcia jak to możliwe, zbiegając bez jednej ręki i jeszcze z tym podbiegiem na końcu. Spiker mówi, że jestem trzeci OPEN. Ja ledwo żyję. Tomasz Kozłowicz (zwycięzca), zgarnia mnie i Mariusza Piekarę do wspólnego zdjęcia. On był na mecie niecałą minute temu, więc zdążył już dojść do siebie. Ja jeszcze dyszę jak smok i średnio reaguję na bodźce.

Jest sukces. Pierwsze pudło OPEN w biegu o frekwencji powyżej 200 osób. Choć sukces trochę połowiczny, bo drużynowo będzie tylko drugie miejsce. Zabrakło 25 sekund. Odliczając kilka sekund na wywrotkę, i kolejne na trzymanie numera startowego, byłoby z 15 sekund. Niby niewiele, ale jednak.

Autor tekstu (Radek Puchała) z Mariuszem Piekarzem podczas dekoracji

Dodatkową satysfakcję mam, że czas jest naprawdę niezły. Czasy pierwszej piątki lepsze niż zwycięzców z dwóch poprzednich lat, więc poziom był wysoki.

Teraz tydzień na regenerację, a w sobotę w nocy główny start docelowy. Z tą formą o 1:20 jestem spokojny. Gorzej, że zaczynam słyszeć podszepty znajomych, że minimalizm to zło, że 1:18 to dużo piękniejsza liczba. Jeszcze gorzej, że zaczynam te podszepty rozważać, będąc w pełni świadom jak takie 1:18 musi boleć i jak łatwo przesadną ambicją wszystko zepsuć.

—————–
Wszystkie fotografie zamieszczone w relacji są autorstwa Antoniego Stankiewicza

Dodaj komentarz!

Dodaj komentarz lub trackback ze swojej strony. Możesz także Śledzić komentarze w kanale RSS.

Współpracujemy z serwisem Gravatar. Aby wyświetlić swój avatar przy komentarzu, zarejestruj się™ na Gravatar.